Blues jest jednym z najstarszych gatunków muzycznych, przez wielu kojarzony z bólem, smutkiem i cierpieniem. Jest to ściśle powiązane z jego genezą oraz tym, że jego głównym zadaniem jest nie tylko wywołanie emocji u słuchacza, ale także wyzwolenie ich u artysty. Żeby to zaobserwować można posłuchać nagrań, obejrzeć teledysk. Jednak najmocniej można odczuć to na żywo, tak jak podczas koncertu Śląskiej Grupy Bluesowej, która poruszyła emocjonalnie swą widownię.

Występ rozpoczął się z delikatnym opóźnieniem, muzycy pojawili się na scenie i poinformowali słuchaczy, że pierwsza kompozycja, wyszła spod rąk Krzysztofa Głucha i Mirosława Bochenka pod wpływem emocji związanych ze śmiercią jednej z legend polskiej perkusji, Michała Giercuszkiewicza. Był sobie muzyk jest bardzo spokojnym kawałkiem, z którego emanuje smutek, żal i tęsknota, a połączenie wokali Krzysztofa i Agnieszki Łapki tylko wzmacnia te uczucia. Publiczność nieco niemrawo, jakby wciąż myślami będąc przy Michale, nagrodziła muzyków brawami. Wtedy głos ponownie zabrał lider zespołu, jeden z najlepszych polskich gitarzystów, Leszek Winder, który przedstawił cały skład i zapowiedział kolejny utwór. Wciąż spokojny Ciągle czekam by Ona obróciła się swą rytmiką zaczął poruszać budzącą się publicznością i dał okazję wykazać się Michałowi Kielakowi pierwszą z wielu hipnotyzujących solówek na harmonijce. Przy kolejnym utworze Leszek chwycił za metalowy slide i przy jego pomocy zacząć czarować publiczność, która coraz bardziej się rozkręcała, tak o niej wypowiadał się sam artysta.

Kolejna część koncertu odbyła się bez udziału Leszka i Michała, bowiem Agnieszka, Krzysztof, Max Ziobro i Mirek Rzepa grali własny materiał (Trójki z nich, płyta powstała bez udziału Maxa), który można usłyszeć na płycie Januaries z 2011 roku. To właśnie wtedy mogliśmy się nieco bardziej skupić nie tylko na wspaniałych chodzących liniach basu Mirka, ale też na wszechstronności Krzysztofa. Kwartet zagrał wspólnie 3 utwory, po czym znów zebrał się pełny skład by zaprezentować nam Sweet Home Blues. Ten klasyk pobudził publiczność (z małą pomocą Agnieszki) do klaskania i czynnego udziału w koncercie, tak naprawdę to od niego, aż do końca była już w pełni rozwinięta atmosfera i silny blues-rockowy klimat.

Czuć było, że ta energia udziela się też zespołowi, a zwłaszcza członkowi, któremu dotąd nie poświęciliśmy wystarczająco uwagi. Chodzi oczywiście o Maxa, który świetnie się odnajdował w nieco cięższych kawałkach, kiedy mógł mocniej uderzyć, jednak nie przeszkadzało mu to w kontrolowaniu dynamiki grupy i uspokajaniu wszystkiego, kiedy była taka potrzeba. To wszystko składało się na niesamowite solówki, w których wirtuozerią popisywał się zarówno Leszek, jak i Krzysztof, jednak prym wiódł Michał. Publiczność szalała, nie mogąc uwierzyć, że tak da się zagrać na harmonijce, niemal każda jego solówka była skwitowana brawami. Po dosyć luźnym Bo takie są dziewczyny Agnieszka zeszła ze sceny, zostawiając tam samych instrumentalistów, którzy w nieco ostrzejszym wydaniu popisywali się nie tylko swoimi indywidualnymi zdolnościami, ale można też było zwrócić uwagę, na wyraźną chemię między nimi.

Kiedy burza braw nie zdążyła jeszcze ucichnąć z ust Leszka padły słowa, których nikt nie chciał usłyszeć. Nastał czas na ostatni numer, którym była Modlitwa Bluesmana w Pociągu… a przynajmniej tak mogłoby się skończyć, gdyby nie zawziętość publiczności. Pierwszym z utworów, który został zagrany na bis był legendarny już O mój Śląsku, podczas którego wyraźnie można było usłyszeć głosy fanów śpiewających wraz z Agnieszką. Warto tutaj zwrócić uwagę na to, że tak intensywne przeżywanie tego koncertu nie byłoby możliwe, gdyby nie świetne nagłośnienie całej imprezy, która pozwalało wyraźnie słyszeć każde szarpnięcie struny, nie przykrywając jednak najcichszych uderzeń w werbel. Przygotowanie miejsca i nagłośnienia przez Dworek Artystyczny i Fundację BluesOpolę zasługuję naprawdę na medal. Tak samo jak postawa publiczności, która po zejściu muzyków ze sceny nie chciała odpuścić i przez około 2-3 minuty żywo nawoływała do kontynuowania koncertu… i się doczekali.

Artyści obdarzyli nas jeszcze kilkoma utworami, podczas których przechodzili samych siebie. Po niemal dwóch godzinach grania, muzycy pomimo zmęczenia chętnie rozmawiali z publicznością i panowała bardzo przyjemna, wręcz przyjacielska atmosfera. Można więc powiedzieć, że pomimo tego, że koncert się już skończył, zabawa trwała dalej. Sam Leszek w trakcie występu podkreślał kilkukrotnie, że grali w tym miejscu już wiele razy , więc możemy się spodziewać i mieć nadzieję, że jeszcze nieraz taka możliwość się nadarzy.

fot. Filip Cierpisz

Filip Cierpisz